Sweet Home :) - czyli wyjazd w rodzinne strony - lubeskie

TYLKO: informacje, umawianie się, propozycje...
Do relacji z wypraw itp. jest Dział FOTORELACJE

Sweet Home :) - czyli wyjazd w rodzinne strony - lubeskie

Postprzez TasmaN » niedziela, 15 marca 2009, 19:00

Witam,

zamieszczam opis (w sumie bardzo taki emocjonalny i subiektywny) i wrażenia z jednego z moich samotnych wypadow na moto.

To jeszcze bylo za czasow Yamahy XJ, kiedys zamiescilem to na forum yamahaxj.pl - w efekcie wyszlo z tego troche opowiadanie, ale sytuacje i opisy faktycznie mialy miejsce :-)


Sweet Home Alabama… czyli znow pod lubelskim niebem

Czwartek… obudzila mnie komorka… 8.30 w nocy !!! ;-)
Miły głos kobiety w sluchawce:
- „Dzien dobry… tu firma X , chciałabym zaproponowac Panu skorzystanie z naszej najnowszej oferty kupienia czegos czego tak naprawde nikt nie potrzebuje a ja musze tu siedzieć, dzwonic i szukac frajerow…. „ ;-)

Na szczescie inwektywy pod jej adresem poleciały dopiero jak rozłączyłem rozmowe.

Jest Środek lata, goraco, psy szczekaja, kury się niosa, a jakas baba pod moim oknem politykuje z sasiadka co by to było gdyby było…. SPAC JUŻ NIE DA RADY :-?
Fajnie odespałem sobie prace pierwszego dnia urlopu, k…a jego zakichana mac !!!

Wychodze na balkon, papierosek, kawa… potem sniadanie :-/ .
Dzien piekny, niebo bezchmurne…. Spoglądam z balkonu na moja ślicznotkę, jeszcze jest cala w porannej rosie. Refleksy swiatla odbijaja się od chromowanych końcówek wydechow i mocno nawoskowanego dzien wczesniej lakieru… Stoi spokojnie, jakby jeszcze spala, a może tylko mruzy oczy i zastanawia się KIEDY ZNOWU??.
Patrze na nia z gory, calkiem spore to moje moto – pekaty zbiornik, szeroki zadek, cylindry się preza jak moga...
Kto mowil ze XJtki to rowerki dla początkujących ?!

W sumie normalny dzien się zapowiada. Będę jeździł to wiem NA PEWNO :-)
Ale gdzie, Zegrze obcykane, pokręcić się po miescie? Nie, jak codzien…
Znajomi w pracy podnosza pieczołowicie nasz narodowy PKB a ja nie wiem co ze soba zrobic :-/
Ojciec od samego switu w ogrodku, zona wola z dolu na sniadanie na którym dowiaduję się o swoich (???) planach na dzien dzisiejszy – zakupy na targu (no bo tam najzdrowsza żywność), a potem slysze:
- Misiu… mam pomysl ... !!!

Oh FUCK… ladnie brzmi ale może być brzemienne w skutkach :-/

- Może byśmy tak przestawili dzis lozko tu, a regal tam, szafka by tu pasowala…. Posprzątamy przy okazji kurze…. Potem Tata się pytal czy nie pomógłbyś kopac w ogrodku i pokosic trawnik…

ZONK !!! - SHIT…. ja chce z powrotem do biuuuuura !!!

No nie ! NIE TAK będzie wyglądał mój pierwszy dzien urlopu.

Kocham zone, rodzine i wszystkich dookoła, jestem w ogole PEACE AND LOVE ale dzis chce mieć Swiety Spokoj i czas dla siebie. Trawnik mogę pokosic co najwyżej XJtka – a najlepiej to przeorac nia ogrodek :-D


Mam ochote…. straszna… urwac się do niedzieli gdzies gdzie mnie zawsze ciągnęło od dłuższego czasu… do rodzinnych stron. Miejsca w którym się urodziłem i wychowałem. Miejsca które zawsze jest moim azylem, ucieczka mysli w zlych chwilach, miejscem w którym czuje się bezpiecznie, które kocham i do którego zawsze chce wracac…. a nie byłem w nim od wiekow. Tam gdzie chce pojechac to jest Lubelszczyzna, moje ‘Sweet Home Alabama’, moje zapomnienie, moje odciecie od swiata codziennego. Poczuc won tych lubelskich lasow, pol, nacieszyc się widokami, pokontemplowac każdy zakatek który przywoluje dawne wspomnienia z dzieciństwa i młodości.

W KONCU PO TYLU LATACH POCZUC TO ZNOW.

Jechac? Nie jechac? JADE !!!

Zonie mowie co zamierzam zrobic:
- Kochanie, ja musze!!! Cale moje zycie motocyklowe zawdzięczam temu miejscu. Tam się zrodzila moja pasja motocyklowa. Tam po raz pierwszy wsiadłem na moto, tam się uczyłem tam po raz pierwszy zaliczyłem glebe…. TO JEST MOJA SWIETA ZIEMIA !
- Misiu… Wspomnienia i powrot do korzeni. Zawsze marzyłem aby tam wrócić, wybrac się w podroz na w koncu swoim wlasnym motocyklu. Plisssssssss!!!!!
- OK. Jedz! Masz dzwonic co pol godziny ze jestes caly i jest OK.
- Dobra. Ale nie mow nikomu bo będzie panika w domu…. ze tak daleko…. na motocyklu… sam… no i ze w ogole we mnie diabel wstąpił…


Przygotowania…
Krotko i na temat. Maly plecaczek, kufer centralny. Wrzucone na chybcika ubrania na zmiane do kufra. Poziom oleju…. troszke dolac. Lancuch swieci od smaru. Mapa przyklejona na zbiorniku tasma klejaca. Pelny rynsztunek…. Goraco jak cholera, ukrop się leje z nieba, 130 km/h żeby się schlodzic… . JADE.
Przedzieram się przez Brwinow, Podkowe Lesna… lece na Gore Kalwarie.
Korki jak jasny gwint – ludzie na wakacje wyjeżdżają. Jade dalej spokojnie 90-110 km/h . Siadl mi na ogonie jakis sfatygowany Opel Calibra który za kazda cene chciał mnie wyprzedzic. Zrobil to oczywiście tak ze o malo co mnie nie zepchnął…
Mysle sobie: „Ocho! Proza zycia motocyklowego się zaczyna”. Uśmiechnięte geby w samochodzie mialy mnie uświadomić ze 2 kola to druga kategoria użytkowników drog, 2 razy wolniej i w ogole najlepiej to po chodniku.
Gora Kalwaria – korek niemiłosierny. Przeciskam się… O!!! koledzy z Opla Calibry… jak milo. Co, ciasno koledzy? No niemożliwe!? :-D
W Gorze Kalwarii zjeżdżam na pobocze, zdejmuje kask, lookam na mape, otwieram Red Bulla i zaciągam się papierosem. Jakby tu jechac żeby było jak najciekawiej? Omijac główne drogi, jechac przez małe wioski i cieszyc się widokiem.
Ruszam po pol godzinie. Korek jeszcze wiekszy. Kogo mijam? Koledzy z Calibry  Stoimy koledzy ? No stoimy.

Dalej szpula żeby czasu troche nadrobic. Przeprawa przez Wisle. Wskakuje na ‘lubelska’ i dojeżdżam do Garwolina. Dla mnie osobiście to już przedsionek lubelskiego. Zatrzymuje się w Garwolinie na lody. Kupuje spray do czyszczenia miesa z owiewek i kasku (komary, tudzież inne żyjątka).
Lece dalej na Ryki. Robi się troche pochmurno. Zaczna lac. Ale co tam. Jechałem bardzo kontemplacyjnie wiec mam troche czasu w plecy (w ogole cala trasa – ok. 210 km – zajela mi ok. 5 h – kontemplacja jak na Harleyu) .
Leje deszcz. Wsio okej przez kilkanaście km ale pozniej kolana z zimna bola i do tego jeszcze spodnie mam rozdarte w miejscu intymnym :/ Myśląc o reumatyzmie w kolanach i przyszłej możliwości prokreacji  zatrzymuje się na stacji benzynowej i biore kilka plastikowych reklamowek – no żeby nie wyglądało to dziwnie kupuje tez paczke Marlboro. Obwiazuje siatkami kolana (skora przemokla) i z reszty siatek robie sobie pieluche zakrywając rozdarte spodnie i chroniąc wiadomo co…. . Komfort nie z tej ziemi, jak w raju.


Dalej… zimno, cimno i do domu daleko…

Rozjasnia się. Zatrzymuje się w zajezdzie w za Rykami. Frytki, hamburger – tradycyjna polska kuchnia… .
Zapytuje goscia co leci katamaranem z Lublina czy stoja ‘koledzy’ po drodze.
- A co się Pan martwi jak Pan na motocyklu i tyle zasuwa.
- No… chciałbym wiedziec przynajmniej gdzie nie hamowac ;))

Obrazek


Lece dalej. W Kurowie pstrykam stara fabryke korzuchow.


Obrazek

To co zauważam. Kurów to zaglebie prodcentow, hurtowni i sklepow z ubraniami (kożuchy, skory i rozne tych elementow wariacje) . Jakbym poszedł i powiedział ze chce sexowna bielizne ze skory to podejrzewam ze byloby od reki i nawet zaproponowano by mi wlasne rozne ‘udziwnienia’ :-D

Zaczynam leciec malymi drozkami w malych miejscowościach żeby ponadziwiac się fajnymi widokami. Jednak stan naszych ‘dróg’ przekonuja mnie do powrotu na glowna trase… jeszcze za daleko żeby zjeżdżać z glownej.

Lece na Garbow – rodzinne strony. Nie będę się rozwodzil nad sentymentami i wspomnieniami – fotografuje Cukrownie Garbow (tu pracowaly 2 lub nwet 3 pokolenia mojej rodziny) oraz Wieze Ciśnień (zapewnia lecaca wode z kranu w okolicznych miejscowościach).

Obrazek


Uciekam dalej w bok z trasy lubelskiej na Nałęczów. Zaczyna się fajna jazda. Wzniesienia, zakrety, urwiska lasow przy drodze. Normalnie tylko podziwiac. Dojeżdżam do Nałęczowa. Spotykam sympatyczna pare z Lublina na Fazerze 600. Gadamy chwile i dalej w droge. Teraz zaczyna się prawdziwa lubelska przyroda.
Robie fotke pamiatkowa dla mojej zony (Paulina) w miejscowości widocznej na zdjeciu:

Obrazek

Dalej Wojciechow…
Polecam zwiedzanie straje zabytkowej kuzni w Wojciechowie. Odbywaja się w tej miejscowości zawody kowalskie na skale europejska.
Dalej gnam dosc znacznie bo już powoli slonce się chowa, a mój cel podrozy lezy pod Krasnikiem w miejscowości Dzierzkowice. Miejscowości w której kilkanaście lat temu zostawiłem serce i dusze. W miejscowości normalnej, nie wyróżniającej się niczym szczególnym ale dla osoby która spędziła tam swoje dzieciństwo i mlododsc jest to miejscowość szczegolna.
Tuz przed wjazdem do Dzierzkowic mijam Urzędów. Tu się zatrzymuje.
Odwiedzam Sanktuarium Sw. Otylii.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Piekna alejka otoczona drzewami prowadzaca do kaplicy. Wzdłuż alejki sa postawione figurki osob świętych. Kaplica jest postawiona nad malym urwiskiem z którego wyplywa źródełko (podobno) leczniczej wody.
Jest popołudnie, zachod słońca, miejsce tworzy niesamowita atmosfere. Troche tajemniczości, troche nostalgii, zadumy… W KONCU JESTEM U SIEBIE… W DOMU :-)


Zakladam słuchawki, wlaczam ‘Sweet Home Alabama’ nie zakladam kasku i ruszam. Asfaltowa droga, po obu stronach las, zakrety, wziesienia… Zadnego ruchu na drodze, powietrze wilgotne od zapadającego zmroku i opadającej rosy. Co to za uczucie? W miescie jeszcze sa korki, smrod spalin, kierowcy trabia na siebie, każdy chce zdążyć na skrzyżowaniu przed ‘czerwonym’, ktos jst spóźniony, ktos się denerwuje, ktos komus zajechal…
TU: SPOKOJ, CISZA, POEZJA…. Jedyne miejsce, jedyny czas żebym, poczul to co dawna chce poczuc. Wiatr we wlosach, ulubiona muzyce w uszach i kochane miejsca za którymi tak bardzo tęskniłem.
BEZ KASKU??? Wiem wielu z Was powie ze glupota. Ale po to tu przyjechałem. Żeby pocuc się wolnym, poczuc się soba. Pojechac na motocyklu bez kasku i czuc wiatr we wlosach, słuchać muzy która lubie i w KONCU SIĘ ODPREZYC.

Dojezdzam do domu. Witam bardzo zaskoczona Babcie. Kupuje ulubiona lubelska ‘Perłe’ siadam na schodach domu i patrze w niebo…. Kochane lubelskie niebo…


Nastepny dzien – kontemplacja. Jazda na moto po uboczach i zakamarkach lubeskiej przyrody.

Jade na grób dziadka…. Człowieka… Przyjaciela który dal mi pasje motocyklowa. Dzieki niemu moglem posmakowac prawdziwego motocyklizmu – takiego korzennego, bez rozgraniczania kto na czym jezdzi, kto co ma… wazne było tylko to co się czulo.
Jako maly chlopiec wskakiwałem na bak jego motocykla żeby mnie wozil. Pamiętam jak nie było dziadka i braliśmy jego moto żeby pojeździć… mierzyliśmy patykiem ilość paliwa w baku żeby wiedziec ile potem dolac… Dziadek i tak o wszystkim wiedział bo miał ‘patent’ ustawiania motocykla na podnóżku w odpowiedni sposób, a my na to nie wpadliśmy. Mimo iż wtedy nie było tak ‘rozglosnione’ poczucie motocyklowej braci to bardzo się rozumieliśmy z dziadkiem… tak, ja kilkuletni chlopiec i mój dziadek. To dalo mi do myslenia. Ze można odrzucic te wszystkie ‘gadki’ i dywagacje o jednoczeniu się, braterstwie, podziaach i przynależności … TO SIĘ PO PROSTU CZUJE ALBO NIE….
Wtedy człowiek o tym nie myślał, nie zakładał tego… to się po prostu CZULO…

W Dzierzkowicach jest urwisko (150-200m) nazywane ‘Łysa góra’ . Tam tez się wybrałem:

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Położywszy się na mojej XJ, oparłszy glowe o kufer centralny i założywszy nogi na kierownice i piejwszy piwko poczułem się jak w niebie. Wyobrazcie sobie te widoki, ten zapach powietrza, ta cisze, spokoj, nikogo dookoła... Lezycie na moto, sluchacie ulubionej muzy, pijecie piwko, w okol niema żywej duszy…. Czy nie jest to cos co ‘Tygryski’ lubia najbardziej ?? ;-)

Obrazek

Obrazek

Obrazek
TasmaN
 

Powrót do Zloty, podróże, wyprawy, wspólne latanie...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron